Opublikowano
2020-09-17 14:43
Licencja
Prawa zastrzeżone

Czy Polska mogła zgodzić się na sojusz z III Rzeszą?

Czy dzięki sojuszowi z Niemcami Polska w 1939 roku uniknęłaby wojny? Czy w ten sposób udałoby się oddalić zagrożenie ze strony Związku Sowieckiego? I wreszcie: czy Polska i Niemcy miały tak naprawdę wspólne interesy w regionie?


Strony:
1 2 3

Najważniejszą przyczyną wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku był brak doświadczenia, cierpliwości i zwykłego myślenia u niemieckich przywódców. Polityka Rzeczypospolitej – a także jej sojuszników – nie była bezbłędna, ale prowadzono ją w sposób racjonalny. Politykę niemiecką trzeba natomiast określić jako irracjonalną, chaotyczną, szaloną, samobójczą.
Warto zwrócić uwagę, że Niemcy są państwem bardzo młodym, pozbawionym tradycji i doświadczeń, a przez to nieprzewidywalnym. Widać to szczególnie wyraźnie, gdy porównamy je z Wielką Brytanią, kontynuującą politykę równowagi sił od czasów Elżbiety I. Tymczasem zjednoczone państwo niemieckie powstało bardzo niedawno – w 1871 roku.
Czy Polska mogła zgodzić się na sojusz z III Rzeszą? Proklamacja Rzeszy Niemieckiej w Sali Zwierciadlanej pałacu wersalskiego 18 stycznia 1871 (obraz Antona von Wernera)
Przed rokiem 1871 na miejscu Niemiec istniał konglomerat królestw, księstw i republik. Zresztą historia Cesarstwa Niemieckiego nie trwała nawet pół wieku, a zmiany spowodowane wielką wojną były tak istotne, że datę powstania nowoczesnych Niemiec należy przesunąć do roku 1918. Wiąże się to nie tylko z powstaniem republiki i demokratyzacją życia politycznego nad Łabą i Renem, lecz także – a może przede wszystkim – z upadkiem habsburskiej monarchii w naddunajskiej Austrii. Przez stulecia bowiem – z półwiekową przerwą – przymiotnik „niemiecki” kojarzył się z cesarstwem Habsburgów, a Niemcy powszechnie byli traktowani jako naród poetów i filozofów. Nowe państwo niemieckie było zatem kontynuatorem polityki „austriackiej”, musiało zwracać uwagę na wschodniopruskich junkrów, przemysłowców z Zagłębia Ruhry, robotników z Westfalii, handlowców z Hamburga czy drobnych rolników z katolickiej Bawarii.
W porównaniu ze swoimi sąsiadami – nawet z Polską – Rzesza Niemiecka była zapóźniona cywilizacyjnie, społecznie i politycznie. Istniał co prawda rozwinięty przemysł, ale brakowało instytucji demokratycznych, pragmatycznych rozwiązań problemów społecznych, a nawet modelu dyskursu politycznego. W latach 20. i 30. XX wieku metody, jakimi walczono o władzę w Niemczech, nie były metodami europejskimi, a raczej latynoamerykańskimi czy nawet azjatyckimi. Częste były pucze, próby zamachów stanu, powstania robotnicze, morderstwa polityczne. Dokonywano ich nie tylko z poleceń „złych i reakcyjnych” polityków, lecz także – jak w przypadku Róży Luksemburg – polityków socjaldemokratycznych. (Podobne stosunki panowały zresztą i w Austrii, w której od czasu do czasu wybuchały krwawe waśnie, pociągające za sobą setki ofiar śmiertelnych.) Mordy polityczne miały charakter masowy – jak na przykład noc długich noży, podczas której zamordowano co najmniej 85 przeciwników politycznych, z byłym kanclerzem Kurtem von Schleicherem i kilkoma członkami Reichstagu na czele. Już po dokonanym fakcie Reichstag był tak uczynny, że przyjął ustawę aprobującą te morderstwa (z pogwałceniem zasady, że prawo nie działa wstecz, co chyba najlepiej świadczy o kulturze prawnej Niemców).
[…]
Adolf Hitler był niewykształcony, jego kwalifikacje dotyczące dyplomacji były mizerne, odpowiednie dla pięcioletniego jedynie doświadczenia które zdobył od 1933 roku. Był osobą bardzo emocjonalną, wprost irracjonalną. Co gorsza, odniósł właśnie pasmo sukcesów – więc czuł się niezwyciężony, a żaden z doświadczonych dyplomatów nie miał wystarczającego prestiżu – czy może odwagi – żeby wyjaśnić mu oczywistą prawdę: europejskie mocarstwo osiągające sukcesy zraża do siebie inne mocarstwa...

Agenci w otoczeniu gen. Władysława Sikorskiego?

Obecność sowieckiej agentury w otoczeniu alianckich przywódców wciąż budzi ożywione dyskusje. Wiemy również, że wśród bliskich współpracowników gen. Władysława Sikorskiego znajdowały się osoby pracujące nie tylko dla komunistów, a także dla Brytyjczyków... Kim byli Józef Retinger i Stefan Litauer?



Czytaj dalej...

Czy dałoby się uniknąć wojny, gdyby Hitler spasował w tej licytacji i wybrał politykę obłaskawienia swoich sąsiadów zaniepokojonych nadmiernym wzrostem potęgi III Rzeszy? (Można byłoby ją nazwać – w opozycji do „appeasementu” – Beschwichtigungspolitik.) Wydaje się, że tak. Przede wszystkim Francja i Wielka Brytania nie były aż tak zainteresowane ani obroną status quo – o wojnie prewencyjnej nie wspominając – żeby zdecydować się na agresję przeciwko Niemcom. Rzeczpospolita była zadowolona z pokojowych stosunków z Rzeszą, poza tym dbała o zachowanie równowagi w stosunkach ze wschodnim i zachodnim sąsiadem. Państwa europejskie właśnie wychodziły z kryzysu i wolały się skupić na rozwoju gospodarczym, a nie militarnym. Ekonomia wskazywała zresztą na sukces aliantów – Niemcy w pewnym momencie musiałyby spłacać kredyty zaciągnięte na rozbudowę Wehrmachtu. Swego czasu propagowany był nawet pogląd, że III Rzesza weszła na ścieżkę wojenną w chwili rozpoczęcia zbrojeń. Nikomu chyba nie przyszło do głowy, że koszty wojny byłyby najprawdopodobniej większe niż cena kryzysu gospodarczego wywołanego brakiem wojny.
Hitler wybrał drogę konfrontacji, czy też – jak rozumowano w Berlinie – zabezpieczenia sobie tyłów. W niespełna miesiąc po konferencji monachijskiej, 24 października 1938 roku, Joachim von Ribbentrop – nowy minister spraw zagranicznych Rzeszy – przedstawił ambasadorowi Polski w Berlinie Józefowi Lipskiemu propozycję „uporządkowania istniejących między obydwoma krajami punktów spornych”. Chodziło przede wszystkim o przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego. Był to dziwny sojusz podpisany przez Niemcy i Japonię 25 listopada 1936 roku w Tokio, do którego 6 listopada 1937 roku dołączyły Włochy. Sojusz był dziwny dlatego, że choć nominalnie wymierzony przeciwko Kominternowi – a więc Związkowi Sowieckiemu – faktycznie grupował państwa wrogie Wielkiej Brytanii i Francji. Oprócz zerwania z Francją Warszawa miała wykonać gesty dobrej woli wobec Berlina – przedłużyć polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy na 25 lat, wyrazić zgodę na przyłączenie Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy oraz na przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich.

Czy Polska mogła zgodzić się na sojusz z III Rzeszą? Hermann Göring i Józef Józef Beck wraz z żonami, lipiec 1935 (Bundesarchiv, B 145 Bild-F051619-0037 / Schaack, Lothar / CC-BY-SA 3.0)
Czy Polska mogła zaakceptować takie rozwiązania? Kwestie, na które przez długi czas historycy, publicyści – a przede wszystkim propagandziści – zwracali uwagę, czyli „oddanie Gdańska i budowa eksterytorialnej autostrady”, były w gruncie rzeczy zmianami kosmetycznymi. Gdańsk nie był częścią terytorium Rzeczypospolitej, tylko państwem pod protektoratem Ligi Narodów. W drugiej połowie lat 30. – po wybudowaniu portu w Gdyni – miasto to nie miało dla Rzeczypospolitej większego znaczenia gospodarczego (zresztą Berlin gwarantował utrzymanie polskich przywilejów). Miało jednak znaczenie propagandowe – i to przede wszystkim na arenie międzynarodowej. Polska zgoda na jego połączenie z Rzeszą byłaby prztyczkiem w nos Lidze Narodów, a przede wszystkim publicznym upokorzeniem Francji. Eksterytorialna autostrada i linia kolejowa miała również symboliczne znaczenie, tym razem jednak pozytywne. Czemu zaprzyjaźnione państwo miałoby utrudniać kontakty pomiędzy poszczególnymi częściami Niemiec? Poza tym rozwiązanie takie było proponowane już od lat 20. i to nie przez kręgi niemieckie – ponieważ było symbolem porzucenia przez Berlin planów inkorporacji całego polskiego Pomorza – a przez środowiska związane z Ligą Narodów. Wydaje się, że przyjęcie takich rozwiązań terytorialnych rzeczywiście zakończyłoby spory terytorialne pomiędzy Berlinem a Warszawą.

Ten tekst jest fragmentem książki Tymoteusza Pawłowskiego „Sowieci nie wchodzą. Polska mogła wygrać w roku 1939. Nagie fakty a nie historia alternatywna”:

Tymoteusz Pawłowski - Sowieci nie wchodzą. Polska mogła wygrać w roku 1939. Nagie fakty a nie historia alternatywna Autor: Tymoteusz Pawłowski
Tytuł: „Sowieci nie wchodzą. Polska mogła wygrać w roku 1939. Nagie fakty a nie historia alternatywna”
Wydawca: Fronda
Rok wydania: 2020
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 145 × 205 mm
Liczba stron: 512
ISBN: 978-83-807-9538-9
EAN: 9788380795389
Data premiery: 22.08.2020
Cena: 44,90 zł

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: odp |

Pawłow to gość, który pisze pod tezę: Dobrze się stało, że Polska postawiła się Hitlerowi. Pamiętajmy, że pisze w stajni Frondy, a tak jak przystało na twardogłowych pisowców pielęgnuje tragiczną dla narodu polska szkołę insurekcyjną.



Odpowiedz

Gość: Jn |

Niemcy i tak przegrałyby wojnę. Tak jak nie uratowali ich Słowacy, Finowie, Węgrzy i inni pomagierzy. Teraz wyobraźmy sobie: Niemcy i my cofamy sie, Stalin ma pod reka polskich komunistow rząd proniemiecki czeka taki los jak Peteina, Lawala czy Antonescu. Ziemie wschodnie bierze Stalin. KTO DAŁBY WROCLAW, OLSZTYN CZY SZCZECIN SOJUSZNIKOWI HITLERA ????



Odpowiedz

Gość: 1960 |

Panie Marku - a proszę sobie wyobrazić taki rozwój wydarzeń: wspólne uderzenie Rzeszy, Polski, Rumunii, Węgier, Finlandii i pomniejszych sojuszników Hitlera wiosną 1940 roku powoduje rozbicie Armii Czerwonej, zdobycie Leningradu, Moskwy, Kaukazu i Azerskiej SSR z jej zasobami ropy. Obywatele Związku Sowieckiego buntują się przeciwko bolszewikom, którzy tracą władzę. Powstają republiki narodów wchodzących wcześniej w skład Związku Sowieckiego oraz Rosja okrojona terytorialnie, będąca pod protektoratem Rzeszy i jej aliantów. Polska i Rumunia przekonują Hitlera, aby nie atakował Francji i Brytanii, tylko zajął się ogromnymi terenami posowieckimi, ich zagospodarowaniem, zasiedleniem kolonistów niemieckich itd. Hitler uznaje argumenty Polski i daje się przekonać. Stany Zjednoczone nie angażują się w wojnę w Europie, bo nie mają ku temu powodów. Powstaje nowy ład w Europie, a Francja i Brytania są zadowolone, że uniknęły agresji Niemiec. Faktem jest, że trudno byłoby wtedy liczyć na obecne Ziemie Odzyskane, ale z pewnością Rzeczpospolita dostałaby nowe tereny na wschodzie, kosztem Białorusi, Ukrainy i Rosji - w granicach 150 do 200 tysięcy km2. Niemożliwe? Moim zdaniem bardzo prawdopodobna opcja.



Odpowiedz

Gość: Marek Baran |

@ Gość: 1960
No właśnie wyobrażam sobie tylko w oderwaniu od tzw. realiów społeczno-narodowościowo-religijnych a te uniemożliwiały taki scenariusz.
Po pierwsze: Polska była tylko w 60% polskim krajem, któremu ciągle zagrażała rewolta ukraińska i wewnętrzna polska, "narodowo-demokratyczna" a Niemcy tę pierwszą po cichu popierali. Oprócz tego w opisach wewnętrznej sytuacji II RP przed 1938 r. brak jakichkolwiek oznak chęci walki z ZSRR. Po co zresztą? Dość było i tak kłopotów i kosztów z doprowadzeniem owych 4 województw wschodnich do choćby jako takiego i to tylko na naszą miarę, poziomu cywilizacyjnego. Dwory i majątki za Zbruczem czy na Mińszczyźnie i tak były stracone.
Po drugie: Rumunia przed II wojną była raczej zadowolona ze swego stanu posiadania i do późniejszego wystąpienia przeciw ZSRR skłoniła ją oczywista chęć odzyskania Bukowiny I Besarabii a nie nienawiść do Rosjan czy bolszewizmu. Nie badałem, lecz kilka źródeł twierdzi, iż w przydzielonym im do okupowania przez Niemców kawałku Ukrainy panował większy niż hitlerowski terror. A Rosjan traktowali inaczej.
Po trzecie: bez wcześniejszych, to jest w 1939 i 1940 r., sukcesów militarnych Niemcy nie były aż tak pewne swego. Dopiero później "szatan pychy porwał ich w swoje szpony" i nie było już odwrotu.
Po czwarte: II RP była dla Niemców "państwem sezonowym" i wewnętrznie nigdy nie zrezygnowali z odzyskania ziem straconych w Traktacie Wersalskim. Przecież podobna doktryna obowiązywała w NRF/RFN aż do 1990 roku. Czy pozwolili by na istnienie czegoś większego od dawnej Kongresówki?



Odpowiedz

Gość: Marek Baran |

Po przeczytaniu proponuję redakcji wycofanie artykułu.
Powodów wiele , lecz głównie za zacytowane poniżej dwa zdania:
" W porównaniu ze swoimi sąsiadami – nawet z Polską – Rzesza Niemiecka była zapóźniona cywilizacyjnie, społecznie i politycznie. Istniał co prawda rozwinięty przemysł, ale brakowało instytucji demokratycznych, pragmatycznych rozwiązań problemów społecznych, a nawet modelu dyskursu politycznego."
"W czasie II wojny światowej Niemcy napadły zbrojnie na niemal wszystkich swoich sojuszników: zaczęło się od Włoch w 1943 roku, w kolejnym roku przyszła kolej na Słowację i Węgry. Finlandię zaatakowano w 1944 roku pomimo znacznego oddalenia". Owszem "napadły'. Jaka to była jednak napaść, skoro na Słowacji, po jej "zrealizowaniu" ks. Tiso odprawił mszę dziękczynną w obecności dowodzącego napaścią SS-Obergruppenführera Hermanna Höfle? Czy autor wie coś o napaści na Węgry i Finlandię?



Odpowiedz

Gość: bartensteiner |

Święta racja, także zauważyłem te bzdury, lecz nie chciałem tych spostrzeżeń mieszać z innymi swoimi uwagami.



Odpowiedz

@ Gość: Marek Baran
- Gdyby Hitler napadł na Polskę dziś, a wszyscy agresorzy napadają "na zaproszenie" obywateli, jak Tiso w Słowacji, pożartego państwa, to pewnie też na z"zaproszenie", bowiem takich "zapraszających" grup w dzisiejszej Polsce widzę co najmniej kilka.



Odpowiedz

Gość: Marek Baran |

@ StP
Przecież x. dobrze wie (tak myślę), iż na Słowacji do początków 1944 r był ład, spokój i spory, jak na wojenne czasy, dobrobyt a większość społeczeństwa popierała rząd ks. Tiso. I niewiele ma tu do rzeczy nazywanie tamtego państwa "republiką proboszczów". Taka była konieczność historyczna - po prostu księża katoliccy, mimo 20 lat CSR, stanowili większość wykształconej warstwy społeczeństwa - spuścizna po rządach "bratanków". Do tego, wśród czujących się Słowakami, dość powszechna była wdzięczność dla Niemców za dwie rzeczy. Pierwszą z nich było uratowanie w 1939 r. Słowacji przed ponownym włączeniem jej do Węgier - ci już maszerowali przez (dla nich zawsze) Górne Węgry, drugą zapewnienie Słowakom dobrobytu przez wielkie zamówienia wojenne.
No i przyszedł rok 1944 a z nim odradzające się wpływy - nazwijmy je "czechosłowackie" i oczywiście drugie, wspierane przez Moskwę. Rozpoczęto ryzykowne i słabo zorganizowane powstanie, podzielone politycznie i organizacyjne. Oczywiście część Słowaków je mocno poparła, część walczyła przeciw niemu. Ale czy większość? Raczej nie a Słowacy jakoś ten temat "pogrzebali". Sądzę, iż jest im po prostu wstyd za tamte bratobójcze walki, równie mądre jak nasze Powstanie Warszawskie.
Sumując, nie powinien x. dziwić się mszy odprawionej w intencji uratowania od komunistycznej zarazy.



Odpowiedz

Gość: Marek Baran |

@ StP
Jeszcze jedno do losów Słowaków w czasie II wojny. Wśród obrońców (obrońców!) Monte Cassino znaleźli się i oni. Był to pluton łączności. Wycofali się razem z resztą. Ponieważ wszystkich tam broniących się Fuhrer odznaczył krzyżem Żelaznym, więc pewnie i oni dostali po swoim denarze.



Odpowiedz

@ Gość: Marek Baran
- - Postawa stronnictwa ks. Tiso wobec Hitlera stale widzą podobnie jak Ukrainców czy Litwinów. Tendencje narodowo-wyzwoleńcze (nasze polskie też!) często znamionuje jakiś irracjonalny składnik: kumanie się na ślepo z każdym, kto może pomóc, choćby z diabłem.



Odpowiedz

Gość: Marek Baran |

@ StP
Oczywiście zgadzam się z jednym zastrzeżeniem. Do 1943 r. ich postawa miała sens, później wykazali się pewną naiwnością polityczno-militarną. Na przykład, przy pomocy swoich dwu dywizji chcieli otworzyć drogę Armii Czerwonej, tyle, że w miejscu, gdzie już była 1 Armia Węgierska - wzorowi sojusznicy Słowacji w okolicach Preszowa???? A o politycznej i to współczesnej, naiwności naszych południowych sąsiadów, najwięcej dowiedziałem się ze wspomnień ich byłej ambasador w Polsce.
Słowacy na Monte Cassino? Kim dokładnie byli nie wiem, lecz ostatnie oddziały wierne Tiso dotrwały u boku Niemiec do końca wojny. Faszystów nie brakowało w żadnym kraju, u nas też



Odpowiedz

Gość: bartensteiner |

Pozwolę sobie trochę inaczej niż Autor ocenić stan relacji polsko-niemieckich u zarania II wojny światowej. Posłużę się tu dwoma cytatami z wypowiedzi Adolfa Hitlera. Pierwszy pochodzi z jego przemowy z 30 stycznia 1939 r. z okazji szóstej rocznicy przejęcia przezeń władzy: "...mamy dobre stosunki z Włochami, Węgrami, Jugosławią, Bułgarią, Grecją, Portugalią, gwarantujemy nietykalność granic Belgii i Holandii, a przyjaźń niemiecko-polska okazała swą stabilność w czasie kryzysu sudeckiego..." Charakterystycznym w tej wypowiedzi jest to, że Polska, jako jedyny kraj świata, została określona jako przyjazny Niemcom. I druga jego wypowiedź, z 25 marca 1939 r. Otóż zapewnił on w niej swego rozmówcę, gen. von Brauchitscha, że nie zamierza użyć siły przeciwko Polsce. Całkowicie nie wykluczał jednak użycia wojska dla odzyskania Gdańska, lecz tylko w takim zakresie, by polskie władze - nieoficjalnie godzące się na takie rozwiązanie - mogły bezradnie rozłożyć ręce wobec faktów dokonanych i przekonać swe społeczeństwo o bezsensie wojny z Niemcami. Przeszkodą w zrealizowaniu tego zamiaru stało się niebawem udzielenie Polsce brytyjsko-francuskich gwarancji, co zniweczyło ten, w miarę pokojowy, zamiar. Dodam jeszcze, że istnieją dosyć silne poszlaki, by sądzić, że polskie władze zdawały sobie sprawę z iluzoryczności owych gwarancji, lecz nie mogąc zaprezentować społeczeństwu alternatywnej polityki wobec swego zachodniego sąsiada, utrzymywały je w fałszywym przekonaniu o pewności pomocy ze strony sojuszników. I stąd pokutujące do tej pory w naszym społeczeństwie przekonanie, że zostaliśmy w 1939 r. zdradzeni.



Odpowiedz

Gość: 1960 |

Wybraliśmy najgorzej, jak tylko mogliśmy wybrać, czyli wybraliśmy sojusz z Brytanią i Francją, które nas zdradziły w 1939, a Brytania także później, podczas konferencji z Sowietami i Stanami w sprawie podziału Europy po wojnie. Straty jakie poniosła Rzeczpospolita były ogromne - demograficzne, terytorialne, w majątku narodowym. Dodatkowo Sowieci wkraczając na Ziemie Odzyskane mordowali i gwałcili ludność o polskich korzeniach na Śląsku Górnym i Opolskim, rabowali wszystko, co można było - kompletne wyposażenie poniemieckich fabryk, elektrowni, zapasy żywności, majątek osobisty. To był najazd współczesnych Hunów i Mongołów razem wziętych, a nie żadne wyzwolenie. Potem narzucono nam siłą, po ordynarnie sfałszowanych wyborach do Sejmu i Senatu, bolszewicki system ideologiczno-gospodarczy. Faktycznie przez 45 lat staliśmy się kolonią Związku Sowieckiego. Polska w 1989 r była bankrutem gospodarczym, krajem zapóźnionym w stosunku do Europy Zachodniej o 50 lat. Reasumując - każde wyjście było lepsze od tej przeklętej wojny, a najlepszym wyjściem było uderzenie z Rzeszą na Związek Sowiecki w 1940 roku. Jestem pewien, że Sowieci nie obroniliby Moskwy, Leningradu oraz pól roponośnych w Azerbejdżanie. Nastąpiłby rozpad bolszewizmu, którego mnóstwo ludzi w państwie Stalina nienawidziło. Jestem o tym przekonany, bo Sowieci nie byli gotowi do wojny obronnej w 1941, a co dopiero w 1940, po świeżo zakończonych czystkach w Armii Czerwonej. Dalej - polskie państwo jako sojusznik Rzeszy nie pozwoliłoby na eksterminację swoich obywateli, na budowę obozów śmierci dla Żydów. Powstałaby zupełnie nowa Europa, bez bandyckiej, imperialnej Rosji, która do dziś zagraża Polsce. Państwo polskie w swej historii popełniło wiele strategicznych błędów, ale ten był najgorszy.



Odpowiedz
Tymoteusz Pawłowski

Historyk i publicysta, doktoryzował się pracą pt. Armia marszałka Śmigłego napisaną pod kierunkiem prof. Pawła Wieczorkiewicza. Szczególną uwagą darzy powiazania pomiędzy techniką i społeczeństwem oraz losy II Rzeczypospolitej.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org