Opublikowano
2012-12-13 09:10
Licencja
Wolna licencja

Jerzy Kochanowski: nie ma jednego stanu wojennego

31 lat temu Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego wprowadziła na terenie całej Polski stan wojenny. Władza komunistyczna starła się z opozycyjną „Solidarnością”, a nowe warunki znacząco wpłynęły na życie społeczeństwa polskiego. O doświadczenia społeczne stanu wojennego zapytaliśmy prof. Jerzego Kochanowskiego z UW.


Zobacz też: Stan wojenny w Polsce 1981–1983

Tomasz Leszkowicz: Panie Profesorze, jak wyglądały nastroje społeczeństwa polskiego późną jesienią 1981 r.? Ile było w nich entuzjazmu i nadziei pierwszych miesięcy „karnawału Solidarności”?

Jerzy Kochanowski (ur. 1960) – historyk, profesor doktor habilitowany, od 1988 r. wykładowca w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Doktorat w 1991 r., habilitacja w 2001 r., profesor zwyczajny od 2012 r. Specjalizuje się w historii Polski XX w., w szczególności w historii społecznej drugiej wojny światowej oraz PRL. Autor m.in. Zapomniany prezydent. Życie i działalność Ignacego Boernera 1875-1933 (Warszawa 1993), Węgry. Od ugody do ugody 1867-1990 (Warszawa 1997), W polskiej niewoli: niemieccy jeńcy wojenni w Polsce 1945-1950 (Warszawa 2001), W połowie drogi. Warszawa między Paryżem a Kijowem (red. naukowa, Warszawa 2006), Zanim powstała NRD. Polska wobec radzieckiej strefy okupacyjnej Niemiec 1945-1949 (Wrocław 2008), Tylnymi drzwiami. „Czarny rynek” w Polsce 1944-1989 (Warszawa 2010). W latach 1994-1995 zastępca redaktora naczelnego „Mówią Wieki”, od 2003 członek redakcji „Przeglądu Historycznego”. Jerzy Kochanowski: W przypadku mojej osobistej perspektywy trochę się już zlewają lektury i badania źródłowe tego okresu z własnymi obserwacjami. Byłem wtedy już na trzecim roku studiów i wydawało mi się, chyba nie do końca słusznie, że dużo widzę i rozumiem. Pamiętam szczególnie pewnego rodzaju zmęczenie: z jednej strony trudnościami życia, kartkami i kolejkami, ale także niepewnością. Młodzi ludzie patrzyli na to inaczej, chociażby dlatego, że zwykle się takimi rzeczami nie przejmują. Pamiętam jednak reakcje moich rodziców i rozmowy o tym, jak się to tak naprawdę skończy, ale także świadomość konieczności przełomu w jedną albo w drugą stronę.

T.L.: Badania OBOP pokazują spadek zaufania do „Solidarności” i wzrost poparcia dla wojska...

J.K.: Pamiętam pewien epizod z okresu kryzysu bydgoskiego, czyli już wiosny 1981 r. Wracaliśmy z objazdu do Wrocławia i rozmawialiśmy z dwoma oficerami, którzy przypadkiem byli w naszym przedziale. Zachowywali się bardzo państwowo, w sposób wzbudzający zaufanie, bo i okres był niezwykle napięty i drażliwy. To budziło pewne nadzieje. Myślę, że te badania OBOP-u mają podstawy – wojsko było gwarantem bezpieczeństwa, trochę jak w latach 20. czy 30. Wydaje mi się, że generał na stanowisku premiera od lutego 1981 r. wcale nie był przyjęty negatywnie, raczej mógł być postrzegany jako symbol stabilizacji.

T.L.: Czy na nastroje miała wpływ propaganda klęski uprawiana przez władze, np. straszenie ciężką zimą?

J.K.: Na pewno zderzały się ze sobą dwie kontrpropagandy klęski: władzy i „Solidarności”. To nie było zjawisko jednotorowe. Pamiętajmy, że wydawnictwa „Solidarności”, która liczyła wówczas 10 mln członków, trafiały zapewne do kilkunastu milionów ludzi, czyli do większości dorosłych Polaków. A obydwie strony oskarżały się nawzajem.

Należy też pamiętać, że mamy skłonność do myślenia czarno-białego. Była jednak też olbrzymia grupa ludzi pośrodku, którzy dostrzegali przede wszystkim odcienie szarości i nie bardzo wiedzieli, co się stanie. Byli również ludzie wykluczeni – nie tyle pod względem ekonomicznym (chociaż także), ale głównie należący do kręgu władzy lub znajdujący się blisko i identyfikujący się z nią. Znajdowali się wśród nich np. emeryci milicyjni, wojskowi czy kombatanci. Oni nagle zostali po Sierpniu przeniesieni na margines, choć bardzo chcieli uczestniczyć w życiu społecznym. To była grupa nie tylko duża, ale i młoda, bo emeryci wojskowi lub milicyjni mogli mieć nawet po 45–50 lat. Dziś chyba nie doceniamy jej roli w ówczesnych wydarzeniach.

Fragment badań OBOP Ocena roku 1981 i prognozy na rok następny (źródło: tnsglobal.pl, sygn. K.06/234/82).

T.L.: Czy stanowiła ona podstawę społeczną stanu wojennego?

J.K.: Tak, stanowiła m.in. zaplecze Centralnej Komisji do Walki ze Spekulacją. To widać bardzo wyraźnie: byli zarówno w grupie pracowników etatowych, jak i tych terenowych, zajmujących się „społecznie” kontrolą. Stanowili też trzon Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej (tzw. irchy) oraz ORMO. Odetchnęli z ulgą, bo nareszcie mogli współdziałać.

T.L.: W swoim dzienniku „Mowa w stanie oblężenia” Michał Głowiński, mówiąc o Janie Dobraczyńskim, używa określenia „emeryt heroiczny”...

J.K.: Dobraczyński był emerytem intelektualnym i szefem PRON-u, ale ta grupa była znacznie szersza. Pamiętajmy, że nie chodzi tu tylko o wielkie miasta, ale także o peryferie (w znaczeniu socjologicznym).

T.L.: Czy stan wojenny różni się od siebie w wielkich miastach i na tzw. prowincji?

J.K.: Różnice są zawsze. Wydaje mi się, że stan wojenny na prowincji był dużo bardziej udomowiony i swojski. Milicjant był swój, podobnie jak ksiądz czy sekretarz. Musieli działać na małym terenie, uzgadniając pewne kompromisy.

Generał Wojciech Jaruzelski, I sekretarz KC PZPR (1981-1989), premier PRL (1981-1985), minister obrony narodowej (1968-1983), przewodniczący Rady Państwa (1985-1989), Prezydent PRL/RP (1989-1990). Krótka anegdota: w latach 80. utrzymywaliśmy kontakty z księdzem doktorem Skiełczyńskim z Łowicza, który był archiwariuszem łowickim i świetnym historykiem, a jednocześnie kapelanem więziennym w ciężkim więzieniu w Łowiczu. Co istotne, część jego pensjonariuszy znalazło się w 1981 r. w ZOMO. W święta 1981 r. ksiądz chodził po kolędzie, w tym do miejscowego oficera SB (co w Warszawie byłoby przecież niemożliwe!). Siedzieli długo, wypili butelkę wódki. Minęła wreszcie godzina milicyjna i esbek, biorąc przepustkę i broń, stwierdził, że księdza odprowadzi. Jest godzina pierwsza w nocy, naprzeciwko pojawia się patrol ZOMO. Esbek chce pokazać przepustkę żeby się wylegitymować, patrol podchodzi bliżej i zomowcy mówią: „Niech będzie pochwalony, proszę księdza”. Po czym odchodzą. Kolejnego dnia ci sami zomowcy, spotkawszy Skiełczyńskiego, powiedzieli: „Proszę księdza, tego cywila, kiedy później wracał, już nie sprawdzaliśmy”.

To pokazuje, jak funkcjonuje prowincja. Jakie znaczenie ma na wsi czy w małym miasteczku godzina milicyjna? Żadnego, w przeciwieństwie do miasta. Gospodarka jest tam też bardziej naturalna. Kartki nie mają znaczenia, a wieś w ogóle ich nie miała. To są dwa światy: centrum (wielkie miasto) i peryferie (Polska gminna). Zwłaszcza, że rodziny chłopskie były często beneficjentami całej tej sytuacji, wyglądającej trochę jak za okupacji.

T.L.: Często mówi się o stanie wojennym jako o „czasie kobiet”. Czy słusznie?

J.K.: Wydaje mi się, że jest to w pewnym stopniu nadużycie na rzecz dość wąskiej grupy opozycji, zwłaszcza tej, którą dotknęły internowania. Kobiety z natury rzeczy musiały na jakiś czas przejąć ich obowiązki. Powiedziałbym raczej, że jest to „czas kobiet” w szerszym znaczeniu, i to nie opozycyjnym. To głównie one stoją w kolejkach, co pokazują badania społeczne. To na kobiety spada obciążenie codziennym bytowaniem, które staje się jeszcze bardziej skomplikowane: w lutym 1982 roku wchodzą olbrzymie podwyżki cen, które wcześniej nie były możliwe z racji spodziewanego oporu „Solidarności”. Stabilizowały one rynek mniej więcej na pół roku, później wszystko wróciło do dawnego chaosu.

T.L.: Czy realia społeczno-gospodarcze stanu wojennego stały się rajem dla czarnego rynku?

J.K.: Czarny rynek rozwinął się dużo wcześniej i była to tylko i wyłącznie kontynuacja. Jak to zwykle bywało, przygasł on na chwilę po 13 grudnia, po czym błyskawicznie się dopasował, schodząc z oczu. Stał się trudniej kontrolowalny: wszedł do mieszkań i na podwórka. Była to sytuacja identyczna z tą z początku lat 50., gdy czarny rynek był głęboko zakonspirowany. W stanie wojennym zmieniał też ciągle swoje oblicze z racji zmiany systemów reglamentacyjnych – gdy coś przestawało być reglamentowane, zmieniał się nacisk czarnorynkowy. Wyjątkiem był rynek tezauryzacyjny, czyli obrót dolarem i złotem. To dość ciekawe: dolar błyskawicznie urósł po 13 grudnia, osiągając miejscami 1000 złotych (sumę wówczas niewyobrażalną) i natychmiast spadł, co pokazywało działanie pewnych zasad rynkowych. Ludzie musieli sprzedawać dolary, aby przeżyć, nie było też wyjazdów, a bez nich rynek musiał doprowadzić do spadku cen.

T.L.: Czy generał oprócz swojej wizji politycznej miał jakąś wizję polityki społecznej?

J.K.: Przyznam, że nie widzę w jego działalności wizji reformatorskiej. Jego spojrzenie oficera, którym był niemal od zawsze, powodowało, że widział społeczeństwo w sposób zmilitaryzowany. Nie zauważał pewnych odcieni, zmian społecznych czy wzorców płynących z Zachodu. Trochę mnie to dziwi, był to bowiem wyrafinowany intelektualista, orientujący się w nowych trendach kulturowych, chodzący do teatru i pięknie posługujący się polszczyzną. Każda osobowość jest jednak w jakiś sposób dwoista. Nigdy tego nie badałem, ale myślę, że jemu to po prostu umykało. Jest to raczej typowe podejście oficera – kontrolujące, a nie próbujące wpływać, nie zmieniające, a utrzymujące w pewnych ryzach.

W Trybunie Ludu codziennie publikowano cytaty z przemówienia gen. Jaruzelskiego z 13 grudnia. Już sam tytuł rubryki, Zastanów się raz jeszcze nad wagą tych słów, wskazywał, że mają one stanowić motto „socjalistycznej odnowy”.

T.L.: Od początku w jego wystąpieniach publicznych widać próbę mobilizowania i dyscyplinowania społeczeństwa.

J.K.: To jest właśnie podejście typowo wojskowe. Jednocześnie zaś próbował w sposób typowo autorytarny jednoczyć społeczeństwo i pokazywać, że nie ma żadnych różnic, że trzeba występować wspólnie, że istnieje wąska grupa wichrzycieli, ale cały naród w swojej zbiorowości jest dobry.

T.L.: Czy Pana zdaniem istnieje coś takiego jak pokolenie stanu wojennego?

J.K.: Istnieje doświadczenie stanu wojennego, ale nie wiem, czy można mówić o pokoleniu. Powód jest bardzo prosty: gdy wprowadzono stan wojenny, miałem 21 lat, ale wydaje mi się, że większe znaczenie miał on dla ludzi, którzy wtedy mieli lat 40 czy 50. Dla nich było to doświadczenie o wiele bardziej traumatyczne niż dla ludzi młodych.

To wtedy moim zdaniem zaczął się ruch upolityczniania starszych kobiet, który potem w jakiś sposób odżył w latach 90., gdy okazało się, że te kobiety, żyjące dłużej i przez to bardziej widoczne, stały się wykluczone i nie należały do beneficjentów transformacji. To one uczestniczą w życiu politycznym jako „moherowe berety” – mówię to w cudzysłowie i bez żadnego kontekstu politycznego, bo funkcjonuje to już jako termin techniczny czy wręcz socjologiczny. Ich doświadczenia są zbiorowe i w pewien sposób związane ze stanem wojennym. To właśnie wtedy następuje bardzo istotny renesans religijny, w formie dość płytki i okupacyjny. Religia stała się odreagowaniem stresu i tak już zostało.

Oczywiście, jest też grupa ludzi, którzy wtedy weszli w pewien sposób do polityki, ale to pokolenie, które naprawdę odegrało rolę w okresie transformacji, w czasie stanu wojennego, miało nie 20, a raczej 13 lub14 lat...

T.L.: Młodsi bracia...

J.K.: ...którzy patrzyli z pewną zazdrością na to, co się stało. Ci, którzy mieli 20 lat w czasie stanu wojennego, w połowie lat 80. musieli wejść w dorosłe życie, co niejako eliminowało ich z życia politycznego. Wiem to z pewnego własnego doświadczenia generacyjnego, ale i z obserwacji moich studentów pod koniec lat 80., urodzonych około 1968 r.

O stanie wojennym w Histmag.org:

Korekta: Agnieszka Kowalska

Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: gvr |

Zaczyna się.... zaraz będzie o dziadkach w UB



Odpowiedz

Gość |

Jaruzelski do dzisiaj mieszka w wilii która ukradł prawowitym właścicielom



Odpowiedz

Gość: Bezlitosny |

Biorąc pod uwagę wydarzenia z czasów późniejszych podejrzewam że gdyby wojska ZSRR wkroczyły do Polski i "przyciszyły"solidarność mogłoby być lepiej niż teraz.Tylko frajerzy wierzą w wyzwolenie.Tak na prawdę to pod tym względem zmienili się tylko okupanci.Solidarność służyła tym nowym.



Odpowiedz

Gość |

Mówcie co chcecie, ale jak prezydent Jaruzelski z go godnością i honorem sprawował swoja funkcje, jak nas godnie reprezentował, a jak pięknie posługuje się językiem polskim, ta retoryka, kultura słowa, niczego się nie dorobił, nie brał łapówek, a inni wille, korupcja... ciesze się, że młode pokolenie na tym forum, może przeczytać o pozytywnych stronach Polski Ludowej...



Odpowiedz
Tomasz Leszkowicz

Doktor historii, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Redaktor działu naukowego, członek redakcji merytorycznej portalu od października 2006 roku, redaktor naczelny Histmag.org od grudnia 2014 roku do lipca 2017 roku. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesuje się także społeczno-polityczną historią wojska. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Autor artykułów w czasopismach naukowych i popularnych. W czasie wolnym gra w gry z serii Europa Universalis, słucha starego rocka i ogląda seriale.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org