Opublikowano
2013-01-15 10:00
Licencja
Wolna licencja

O „Perfidnym Albionie”, bohaterskim Buenos Aires i bezlitosnej ekonomii

Argentyńczycy niedawno znowu zażądali zwrotu Falklandów. Pytanie, czy faktycznie o wyspy im chodzi. I czy Londyn ma w ogóle co „zwracać”.


Strony:
1 2

Falklandy, archipelag około 700 wysp, zagubiony gdzieś na Południowym Atlantyku nieopodal wybrzeży argentyńskich. Dwie duże wyspy, Wschodni i Zachodni Falkland, zła pogoda, wodorosty, torfowiska, skały i owce. Dużo owiec. Szkoccy i walijscy koloniści, tzw. kelpers1, musieli czuć się tam prawie jak w domu, co widać po przekroju demograficznym tej niegościnnej okolicy: zdecydowana większość (około 70%) mieszkańców Falklandów to właśnie ich potomkowie.

Wyspa jest jednak bardzo dogodnie położona. W razie konieczności, stanowi doskonałą bazę dla kogoś, kto chciałby kontrolować ruch handlowy dookoła południowego cypla Ameryki Południowej. Stanowi także doskonały punkt wypadowy do eksploracji Antarktydy, zaś odkryte w 1995 roku duże złoża ropy (szacowane na 60 miliardów baryłek) dodatkowo podnoszą wartość wysp. Nic dziwnego, że Argentyna toczy spór z Zjednoczonym Królestwem o status Falklandów/Malwinów .

Sebald de Weert A może jednak parę rzeczy powinno dziwić…? Spróbujmy prześledzić historię tego sporu. Jest ona dość skomplikowana. Pomijając potencjalną obecność na wyspach Indian południowoamerykańskich, archipelag został odkryty w roku 1600 przez wiceadmirała Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, Sebalda de Weert. Kapitan naniósł go na mapy, nazwał nieskromnie Wyspami Sebalda i popłynął dalej w błogiej nieświadomości, że jego odkrycie stanie się kością niezgody na kolejne cztery wieki.

W 1690 roku wyspy ponownie „odkrył” kapitan John Strong. W wyniku sztormu zboczył on z kursu i trafił na Wyspy Sebalda. Nazwał je Wyspami Falklandzkimi, opracował ich pierwszą mapę i również popłynął dalej. Smagany wiatrami kawałek ziemi musiał jednak dalej czekać na pierwszych mieszkańców. Zjawili się oni dopiero w 1764 roku, sprowadzeni na wyspę przez Louisa Antoine’a, hrabiego de Bougainville. Założył on na Wschodnim Falklandzie osadę Port Louis. Anglicy pospieszyli z odpowiedzią: rok później kapitan John Byron wylądował na Zachodnim Falklandzie i założył Port Egmont, ogłaszając Falklandy ziemią podległą królowi Jerzemu III.

Francuzi nie mieli zamiaru awanturować się o kawałek skały na końcu świata: W 1767 roku po prostu przekazali kłopot Hiszpanii, zrzekając się na ich rzecz praw do Falklandów. Madryt był nastawiony bardziej wojowniczo i w 1770 wydał rozkaz ataku na Port Egmont. W wyniku rozmów konflikt udało się jednak zażegnać i Wielka Brytania powróciła do swojej osady. Nie na długo jednak. W 1774 roku koloniści wycofali się z wyspy, przekazując ją Hiszpanii. Ci wszakże także mieli pecha. Wyspy nawiedziła epidemia i w 1811 ostatni hiszpańscy pionierzy opuścili archipelag.

Wielka Brytania wróciła na opustoszałe wyspy w 1820 roku. Początkowo wszystko zapowiadało, że uda jej się dogadać ze Zjednoczonymi Prowincjami Rio de la Plata, jak do 1826 roku nazywała się Argentyna. Iluzja ta jednak szybko prysła. W 1832 roku na Falklandach powstał argentyński obóz karny dowodzony przez komandora Mestiviera. Bardzo szybko wybuchł w nim bunt, sam Mestivier został zabity, a więźniowie przejęli kontrolę nad obozem. Spokój przywróciły oddziały brytyjskiej armii, kładąc kres zarówno buntowi, jak i, w dalszej perspektywie, argentyńskiej bytności na wyspie. Topór wojenny nie został zakopany po dziś dzień.

Mapa Falklandów/Malwinów (aut. Eric Gaba (Sting), pol. tłum. Patrol110; na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.)

Ten przydługi wstęp dobrze obrazuje, że trudno jest ustalić, kto w sumie ma do wyspy większe prawa. Wielka Brytania? Wprawdzie była tam druga, lecz jednocześnie na długo przed powstaniem Argentyny, ale za to wróciła na wyspę prawem zasiedzenia. A może Argentyna? Jej prawa do wysp zostały w swoisty sposób „odziedziczone” po hiszpańskim imperium kolonialnym…

W momencie, gdy pierwszy człowiek wziął do ręki kawał kija i zdzielił w głowę swojego bliźniego, narodził się najpotężniejszy oręż w arsenale dyplomacji. Argentyna zdecydowała się go użyć w 1982, rozpętując konflikt znany jako „wojna o Falklandy”. Tylko czy faktycznie była to wojna o Falklandy? Może chodziło w niej o coś innego?

Wojna falklandzka: Imperium kontratakuje, czyli bitwa o Darwin i Goose Green

Czytaj dalej...

Falklandy potrzebne były Argentynie tak samo, jak rybie rower. Sytuacja oczywiście zmieniła się po odkryciu złóż ropy, ale w 1982 roku nikt nawet nie przypuszczał, że wyspy kryją jakieś bogactwa naturalne oprócz wodorostów i owiec. Dlaczego więc rząd argentyński zdecydował się na prowokację przeprowadzoną w marcu 1982 roku przez grupę robotników budowlanych, pracujących w Leith na Południowej Georgii, przy rozbiórce nieczynnej stacji wielorybniczej? Zbudowali oni maszt i wciągnęli nań argentyńską flagę narodową. Biorąc pod uwagę ciągłe spory o przynależność archipelagu, było oczywiste, że Londyn zareaguje. Tak też się stało, Foreign Office wystosowało ostrą notę protestacyjną, którą Buenos Aires wyrzuciło do kosza, argumentując, że przecież wszystko jest w porządku, bo flagę wciągnięto na terytorium… Argentyny. 2 kwietnia 1982 roku na Falklandach wylądowała pierwsza fala sił argentyńskich, które w końcu osiągnęły liczebność 12 tysięcy żołnierzy. 79 Brytyjczyków stanowiących garnizon na Falklandach, zostało wziętych do niewoli i odesłanych na kontynent w formie symbolu zwycięstwa.

Wielka Brytania może i znajduje się 14 tysięcy kilometrów od Falklandów, ale jak się okazało wciąż pamięta jeszcze, jak się uprawiało „politykę kanonierek”. Wciąż nie lubi również, gdy poddanych Królowej spotyka krzywda. 5 kwietnia Portsmouth opuściły „kanonierki”, w formie Task Force 317 pod dowództwem adm. Johna Woodwarda. Sam przebieg konfliktu był już wielokrotnie opisywany, nie ma więc potrzeby powtarzania tego, co jest już dobrze znane. Skupmy się na opisaniu dlaczego ta wojna w ogóle wybuchła. W tym celu udajmy się na kontynent, do Buenos Aires.

Jorge Rafael Videla Zaznaczmy od razu, że XX wiek nie był dla Ameryki Południowej okresem łaskawym. Kontynentem wstrząsały radykalne działania skrajnej lewicy, posuwającej się w walce do ataków terrorystycznych i mordów, co spotykało się z coraz brutalniejszymi i ostrzejszymi odpowiedziami i odwetami strony prawicowej. Co i rusz upadał jakiś rząd i zastępowała go dyktatura, po czym dyktaturę obalano i triumfalnie ogłaszano powrót demokracji. Junta rządząca Argentyną od 1976 do 1983 roku , kierowana przez pierwsze lata przez gen. Jorge Videlę, zwana jest zazwyczaj po prostu la última junta militar, by zaznaczyć, że od tego czasu wojskowi już ani razu nie sięgnęli po władzę.

Dyktatury, jak i rządy demokratyczne, dzielą się na lepsze i gorsze. Junta argentyńska należała zdecydowanie do tych gorszych. To, że niepokoje społeczne osiągnęły poważne rozmiary, nie jest zaskoczeniem, w dyktaturach jest to wręcz normalne. To, że wolności osobiste były gwałcone, także jest zrozumiałe, jest to wszak zjawisko nagminne w dyktaturach. Zdarzają się jednak takie rządy dyktatorskie, które przynajmniej potrafią dobrze poradzić sobie z gospodarką. Junta argentyńska jest świetnym przykładem takiej, która sobie zupełnie nie radziła. W skutek jej rządów Argentyna znalazła się na skraju przepaści.

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Jarosĺaw |

Dobra analiza postawy Argentyny.Mieszkam w Argentynie prawie 30 lat.Wróg zewnètrzny ich jednoczy.



Odpowiedz

Gość: gucio |

Po co usuwac glupie posty, niech sie same osmieszaja.



Odpowiedz

Gość: Ja |

Obejrzyjcie sobie film pt. "Iluminados por el fuego". To jest argentyński punkt widzenia na temat wojny o Falklandy/Malwiny. Bardzo obiektywny, bardzo dla nich bolesny. Film jest świetny, doceniony na różnych festiwalach.



Odpowiedz

Gość: Papageno |

Nieszczęsny Przedmówco Ty mój!Nie rozumiesz ironii-współczuję.Obojętnie czy mam rację czy nie-to mam prawo do złośliwej ironii.Z mego zaangażowania w temat powinieneś domyśleć się,że obrażanie i poniżanie Polaków nie jest mym celem.Cóż jak mawiał Szymon Askenazy: historyków dzielimy na dwie grupy-tych co pracują głową i tych co pracują dupą".Domyślam się,że także zażądasz usunięcia tego postu z powodu słowa "dupa".Gybyś miał wątpliwości zajrzyj do niezrównanej poezji Juliana Tuwima.Z sarmackim pozdrowieniem ;-)!



Odpowiedz

Gość |

Proszę o usunięcie powyższego posta ze względu na użycie obraźliwego sformułowania "Polaczki".



Odpowiedz

Gość: Papageno |

Oj Polaczki!Polaczki-kochane moje rodaki!Czy wy się jeszcze nie nauczyliście,że "perfidny Albion" to bardzo mądre francuskie określenie!?????Mało nam skroili tyłka w drugiej wojnie?A za kogo to i za czyje pieniądze "biliśmy Niemca"!?Tak biliśmy,że Anglia sprzedała nas Stalinowi.Oczywiście pan Davies piszę,ze to USA.Jeden diabeł.Argentyna ma prawo do Malwinów i pewnego dnia wykurza stamtąd ta angielska hołotę.Tylko idiota może będąc Polakiem wielbić anglo-amerykańska dominację na świecie.Mało wam solidarnościowego przewrotu i megabezrobocia?No tak Albion oferuje Polakom zmywak a tym pilniejszym prace w korporacjach.I tak staliśmy się narodem kulisów.Da Bóg-nie wszyscy!



Odpowiedz
Przemysław Mrówka

Absolwent Instytut Historycznego UW, były członek zarządu Koła Naukowego Historyków Wojskowości. Zajmuje się głównie historią wojskowości i drugiej połowy XX wieku, publikował, m. in. w „Gońcu Wolności”, „Uważam Rze Historia” i „Teologii Politycznej”. Były redaktor naczelny portalu Histmag.org. Miłośnik niezdrowego trybu życia.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org