Opublikowano
2015-09-03 18:30
Licencja
Prawa zastrzeżone

Droga do stanu wojennego - wspomina Karol Modzelewski

(strona 2)

W marcu 1981 roku napięcie w Polsce sięgnęło zenitu. Na skutek poważnego konfliktu pomiędzy PZPR a „Solidarnością” cała Polska szykowała się do strajku generalnego. W ostatniej chwili, 30 marca 1981 r. zostało zawarte porozumienie, które odsunęło konfrontację. Jak się okazało - tylko na pewien czas.


Strony:
1 2 3 4

* * *

Między czerwcem a sierpniem 1981 r. narosła sytuacja konfliktowa we wrocławskiej Fabryce maszyn drogowych „Farma”. Nie pamiętam już, czy dotychczasowy dyrektor tego zakładu zmarł, czy odszedł z pracy – w każdym razie trzeba było obsadzić to stanowisko. Zgodnie z obowiązującymi regułami gospodarki nakazowo-rozdzielczej, decyzja o mianowaniu dyrektora należała formalnie do nadrzędnego organu państwowej administracji gospodarczej. W tym wypadku organem takim było zjednoczenie „Bumar”. O tym, kto zostanie mianowany na stanowisko dyrektorskie, decydowała jednak faktycznie rekomendacja ze strony partii. „Fadroma” zaliczała się do zakładów o kluczowym znaczeniu dla gospodarki narodowej, wobec czego należała do tzw. nomenklatury KC. Oznaczało to, że rekomendację decydującą o mianowaniu dawał kandydatowi na stanowisko dyrektora tej fabryki Wydział Ekonomiczny Komitetu Centralnego PZPR. Przedsiębiorstwa o znaczeniu regionalnym, a nie ogólnopolskim, należały do nomenklatury Komitetu Wojewódzkiego. Od tej reguły nie było wyjątku. W istocie miała ona ustrojowy charakter – kandydat na brygadzistę lub majstra w fabryce musiał mieć rekomendację Komitetu Zakładowego partii, a kandydat na premiera lub ministra – rekomendację Biura Politycznego.

Przewodniczący komisji Zakładowej „Solidarności” w „Fadromie” Jurek Trociński wystąpił z inicjatywą, by zmienić ten obyczaj. Zaproponował wyłonienie komisji konkursowej i powołanie dyrektora z konkursu. Miarą rozprzężenia, jakie panowało wówczas w kraju, była zgoda Komitetu Zakładowego PZPR i Rady Zakładowej Związku Zawodowego Metalowców na propozycję „Solidarności”. Komisja konkursowa utworzona została wspólnymi siłami. Wytypowała kandydata, ale partia nie dała mu swojej rekomendacji – nie dlatego, że kwestionowała jego kompetencje fachowe, lecz dlatego, że w jej oczach cały ten konkurs był akcją samozwańczą, wymierzoną w nomenklaturowy przywilej aparatu PZPR. Tak rzeczywiście było. Przez fakt dokonany rozpoczynaliśmy budowę samorządu pracowniczego. Zjednoczenie znało swoje miejsce w szeregu i nie ważyło się mianować laureata konkursu bez rekomendacji z KC. Komisja Zakładowa zareagowała na tę obstrukcję ogłoszeniem gotowości strajkowej i wyznaczeniem terminu rozpoczęcia strajku. Z punktu widzenia ogólnopolskiej strategii związku sprawa była śmiertelnie poważna, więc MKZ poparł akcję kolegów z „Fadromy” gotowością strajkową regionu. Władze ugięły się – w dniu rozpoczęcia zakładowego strajku przybył do „Fadromy” dyrektor zjednoczenia „Bumar” z nominacją dyrektorską dla zwycięzcy konkursu. Byłem tam obecny jako reprezentant regionalnego kierownictwa związku. Właściwie była to uroczystość, a dyrektor zjednoczenia wygłosił okolicznościowe przemówienie. Znalazło się w nim zdanie, które zapamiętałem dosłownie: „W naszym kraju wytworzyła się dziwna i niebezpieczna sytuacja – stary system zarządzania gospodarką w praktyce przestał istnieć, a żaden nowy nie powstał”. Można było z powodzeniem odnieść tę celną formułę nie tylko do zarządzania gospodarką, ale do całego systemu rządzenia państwem.

Tablica na pamiątkę utworzenia we wrocławskiej zajezdni autobusowej przy Grabiszyńskiej regionalnej Solidarności (fot. Julo, domena publiczna)

Latem 1981 r. kryzys gospodarczy stał się politycznym zagrożeniem nie tylko dla rządu, ale i dla związku „Solidarność”. W kwietniu wprowadzono – zgodnie zresztą z Porozumieniem Gdańskim – kartki na mięso, masło, ryż i kaszę. Wkrótce jednak zabrakło żywności na pokrycie kartek i tuż przed zjazdem partii zmniejszono i tak skąpe przydziały o 1/5. W kraju zawrzało. Nie byliśmy w stanie opanować narastających protestów. W Łodzi „Solidarność” zorganizowała masowy pochód uliczny nazwany marszem głodowym. Także w innych miastach związek próbował kanalizować w ten sposób społeczne protesty. Była to jednak ślepa uliczka. Nie miało sensu żądać, żeby władze PRL dały narodowi jeść z pustego talerza. Dotychczas głosiliśmy, że naprawa gospodarki to sprawa rządu. Rzeczywistość zmusiła nas do uznania, że jest to także nasza sprawa.

Załamanie na rynku miało kilka przyczyn. Należały do nich podwyżki płac w wyniku strajków lipcowych i sierpniowych 1981 r. Podwyżki te nie miały pokrycia w masie towarowej, ale zostały uznane za konieczność. W lipcu rząd gasił strajki pustymi pieniędzmi, żeby uniknąć ustępstw politycznych. Strajk sierpniowy powstrzymano ustępstwami politycznymi, ale towarzyszyła im kolejna podwyżka zarobków (tzw. wałęsówka), na którą rzecz jasna też nie było pokrycia. Ani rząd, ani związek nie mógł wycofać się z tych ustaleń, mimo że przy stałych cenach powodowały one dramatyczne niedobory na rynku.

Poza tym gospodarka polska dusiła się w pętli zadłużenia. Był to wygórowany rachunek za lata gierkowskiego dobrobytu. Obsługa długu zagranicznego pochłaniała niemal całkowicie wpływy z eksportu (głównie węgla), a rosnąca liczba przedsiębiorstw ograniczała produkcję z powodu braku zaopatrzenia z importu.

Na domiar wszystkiego nastąpił paraliż organizatorskich funkcji państwa w gospodarce. W„realnym socjalizmie” gospodarka działała nie według rynku, lecz według rozkazu. Nie był to system efektywny, ale jakoś funkcjonował. Gdy jednak na szczeblach wykonawczych przestawano wykonywać rozkazy, a na szczeblach pośrednich często nie ważono się nawet ich przekazywać do wykonania, zaczynał się chaos. Gospodarka działała do tej pory jako przedłużenie politycznej dyktatury. Teraz głębokie zachwianie dyktatury powodowało paraliż gospodarczy. Gdy do tego systemu wprowadzono element sprzeczny z jego wewnętrzną logiką, czyli potężny niezależny ruch społeczny, zdolny do skutecznego blokowania decyzji władz – a poza tym w regułach funkcjonowania systemu nie zmieniono niczego, kryzys był nie do uniknięcia. Niestety poszukiwanie wyjścia z pułapki nieuchronnie godziło w podstawy dyktatury.

Od wiosny 1981 r. funkcjonowało w „Solidarności” poziome porozumienie zwane siecią komisji Zakładowych wiodących przedsiębiorstw przemysłowych. Gremium to zajęło się wypracowaniem koncepcji programowych. Ton nadawali tam czynni w ruchu związkowym pracownicy naukowi, wśród których istotną rolę odegrali filozof z Uniwersytetu Poznańskiego Leszek Nowak oraz ekonomista-teoretyk, badacz systemów gospodarczych zatrudniony w Instytucie Marksizmu-Leninizmu, a potem w SGH, Leszek Balcerowicz. W środowisku tym zrodził się pomysł, by „Solidarność „nie czekała na inicjatywy rządowe, lecz sama wystąpiła z własnym projektem reformy gospodarczej opartej na usamodzielnieniu przedsiębiorstw. Miałyby one działać nie według centralnego nakazu i rozdzielnika, lecz zgodnie z wymogami rynku i na zasadach robotniczej samorządności.

Dźwigi w Stoczni Gdańskiej (fot. kkic; Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.)

Opracowania „Sieci” pozostałyby zapewne na papierze i nie wzbudziły wielkich emocji, gdyby związek „Solidarność” nie poczuł się zmuszony przez dramatyczne zaostrzenie kryzysu i radykalizację nastrojów społecznych do wpisania reformy gospodarczej na swoje sztandary. Groźne dla systemu, ale i dla nas, mogły być zarówno bunty głodowe, jak i radykalizacja politycznych żądań zmierzających w kierunku odebrania komunistom władzy państwowej. Teraz już nie wystarczyło tłumaczyć, jak dotychczas, że prowadziłoby to nas krótką drogą do konfliktu z radziecką potęgą. Odrzucając radykalne hasła zrodzone z desperacji, trzeba było dać głodnym ludziom coś w zamian. Hasła samodzielności przedsiębiorstw, utworzenia w nich całkowicie samorządnych rad pracowniczych i powoływania przez te rady dyrektorów z konkursu odpowiadały potrzebom chwili. Dla wzburzonych i radykalizujących się załóg. Oznaczały one przejmowanie władzy w zakładach i przekreślenie nomenklaturowej zasady obsadzania stanowisk. Zarazem, wobec dość powszechnego przekonania o niekompetencji dyrektorów z partyjnej nominacji, projekt samorządowej reformy budził nadzieje na skuteczną walkę z kryzysem.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Karola Modzelewskiego „Zajeździmy kobyłę historii. Wspomnienia poobijanego jeźdźca”:

Autor: Karol Modzelewski
Tytuł: „Zajeździmy kobyłę historii. Wspomnienia poobijanego jeźdźca”
Oprawa: twarda z obwolutą
Numer wydania: I
Ilość stron: 400
ISBN: 978-83-244-0335-6
ISBN e-publikacji: 978-83-244-0348-6
Wymiary: 170 × 240 mm
Książka już w sprzedaży!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3 4
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: gadu |

teraz o tym się pisze, mogę powiedzieć - byłem świadkiem historii !



Odpowiedz
Karol Modzelewski

Wybitny historyk, działacz opozycji politycznej w okresie PRL, wieloletni więzień polityczny. Współautor (wraz z Jackiem Kuroniem) Listu do partii, a także ważna postać pierwszej „Solidarności” (m.in. do marca 1981 r. rzecznik prasowy KKP); w latach 1989-1991 senator. Autor m.in. książek Organizacja gospodarcza państwa piastowskiego X-XIII wiek (1975), Chłopi w monarchii wczesnopiastowskiej (1987) i Barbarzyńska Europa (2004). Ostatnio opublikował swoje wspomnienia pt. Zajeździmy kobyłę historii. Wspomnienia poobijanego jeźdźca (2013).

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org