Opublikowano
2015-09-03 18:30
Licencja
Prawa zastrzeżone

Droga do stanu wojennego - wspomina Karol Modzelewski

(strona 4)

W marcu 1981 roku napięcie w Polsce sięgnęło zenitu. Na skutek poważnego konfliktu pomiędzy PZPR a „Solidarnością” cała Polska szykowała się do strajku generalnego. W ostatniej chwili, 30 marca 1981 r. zostało zawarte porozumienie, które odsunęło konfrontację. Jak się okazało - tylko na pewien czas.


Strony:
1 2 3 4

Znacznie groźniejsza od ukrytego w szczegółach diabła była jednak presja czasu. Trzeba było zdecydować się na przyjęcie lub odrzucenie kompromisu w ciągu dnia czy dwóch, jakie pozostały do ostatecznego głosowania w sejmie. Związkowi negocjatorzy działali na podstawie uchwały zjazdu. Do zjazdu jednak nie mogli się teraz w żaden żywy sposób zwrócić o rozstrzygnięcie dylematu, bo rzecz działa się między pierwszą a drugą turą zjazdu. Najwyższe gremium związku „Solidarność” było po prostu w Gdańsku nieobecne. Nie dało się nawet zwołać Krajowej Komisji Porozumiewawczej, której mandat zresztą niebawem wygasał. Jacek Kuroń uważał, że ciche przyzwolenie kierownictwa partii na ofertę kompromisu było pułapką obliczoną na to, że tę ofertę odrzucimy, i będzie można obarczyć „Solidarność” winą za zmarnowanie ostatniej szansy porozumienia. Zdaniem Jacka powinniśmy zastawioną na nas pułapkę odwrócić, przyjmując ofertę kompromisu decyzją Prezydium KKP. Udało mu się przekonać pozostałych, mimo że nawet Prezydium zebrało się w niepełnym składzie. kompromis zaakceptowano głosami Lecha Wałęsy, Stanisława Wądołowskiego (Szczecin) i Tadeusza Jedynaka (Górny Śląsk) przy sprzeciwie Rulewskiego (Bydgoszcz). Kuroń, Gil i Jakubowicz namawiali do głosowania „za”, lecz sami głosować nie mogli, gdyż nie byli członkami Prezydium. Po podjęciu decyzji nasi negocjatorzy wrócili natychmiast do Warszawy, gdzie kierownictwo partii raz jeszcze próbowało narzucić zmianę kompromisowych ustaleń, ale – rzecz niesłychana – nie uzyskało na to przyzwolenia większości członków komisji sejmowej. W tej sytuacji Kazimierz Barcikowski i Andrzej Werblan w ostatniej chwili przekonali podobno Kanię, by nie ryzykować porażki na posiedzeniu plenarnym i dać za wygraną. Ostatecznie sejm przyjął kompromisową wersję ustawy.

Brama nr 2 Stoczni Gdańskiej (fot. DerHexer; Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana)

Burza, jak należało się spodziewać, wybuchła natomiast w gdańskiej hali Oliwii podczas obrad drugiej tury naszego zjazdu. Nawet Jackowi Kuroniowi, jak przyznał we wspomnieniowym „Gwiezdnym czasie”, narzucała się analogia z Porozumieniem Warszawskim z 30 marca. Decyzja zapadła w gronie kilku osób za plecami Zjazdu, jak wtedy za plecami KKP. Tyle, że teraz w roli głównego oskarżonego (wraz z Wałęsą) o uzurpację uprawnień decyzyjnych najwyższego gremium związkowego nie występowali Mazowiecki z Geremkiem, lecz Kuroń. dyskutanci jeden po drugim miażdżyli negocjatorów i decydentów za to, że samowolnie okroili program maksimum zawarty w uchwale, którą Zjazd przyjął niemal jednomyślnie. Próbowałem bronić wartości uzyskanego kompromisu i nawet udało mi się nieco uspokoić nastroje, ale grzmoty odzywały się jeszcze przez jakiś czas. Wśród krytyków porozumienia tylko Grzegorz Palka zauważył przytomnie, że nie możemy go odrzucić, bo zostaniemy z niczym, a w dodatku znajdziemy się na przegranej pozycji polityczno-propagandowej. W końcu Zjazd zaakceptował kompromis, dając jednocześnie wyraz swemu nieukontentowaniu.

Po latach nie zmieniam zdania w tej sprawie. Przeciwnie, oceniam dziś, że kompromis w sprawie ustaw o samorządzie załogi i przedsiębiorstwie państwowym był ostatnim zwycięstwem pierwszej „Solidarności”. W dodatku owoce tego zwycięstwa okazały się wyjątkowo długotrwałe. Rady pracownicze działające na ustalonych wówczas zasadach funkcjonowały w stanie wojennym i po jego formalnym odwołaniu, dając legalne przytulisko wielu działaczom zdelegalizowanego związku „Solidarność”. były one zaledwie forpocztą samorządowej reformy, o którą walczyliśmy, ale „komuna” nie dała im rady. Uporał się z nimi dopiero Leszek Balcerowicz jako wicepremier pierwszego niekomunistycznego rządu RP i architekt transformacji ustrojowej. jest szczególną ironią losu, że właśnie on jako doradca „Sieci” był przed laty pomysłodawcą projektu reformy gospodarczej opartej na pracowniczej samorządności.

* * *

W dyskusji na posiedzeniu Biura Politycznego 8 września 1981 r. Kazimierz Barcikowski przewidywał, że ataki „Solidarności” na nomenklaturowe zasady obsadzania stanowisk dyrektorskich „powinny spowodować poderwanie kadry do obrony własnych interesów”. była to trafna ocena. Centralny i wojewódzki aparat partyjny – główny beneficjent nomenklatury – poczuł się zagrożony i zwierał szeregi. Po klęsce „struktur poziomych” na IX Zjeździe PZPR i po wyborze we wszystkich województwach nowych władz partyjnych partia usztywniała swoje stanowisko wobec ruchu społecznego, który teraz już otwarcie i powszechnie traktowała jako siłę wrogą. Nie tylko nacisk radziecki, ale i ewolucja polityczna aparatu rządzącego w Polsce zmierzała w kierunku rozprawienia się z „Solidarnością” przy użyciu siły. Nastawienie takie dominowało od dłuższego czasu w MSW, a w sierpniu i wrześniu okazało się, że także w wojsku. Kania też płynął z prądem – podejmował konfrontacyjne decyzje, zaostrzał retorykę, klepał jak pacierz leninowską formułkę „kto kogo?”, przyznawał, że potrzebne są selektywne represje, ciągle jednak nie godził się na wielką operację militarną przeciwko „Solidarności”. Stał się przez to przeszkodą na drodze swojego obozu politycznego ku stanowi wojennemu.

Sala BHP na terenie Stoczni Gdańskiej (fot. Artur Andrzej, domena publiczna)

13 września 1981 r. zebrał się w Warszawie Komitet Obrony Kraju. W komitecie tym uczestniczyli „z klucza” premier, ministrowie obrony narodowej i spraw wewnętrznych oraz wyżsi oficerowie obu siłowych resortów, a także I sekretarz KC PZPR. Miałem okazję wysłuchać relacji o tym posiedzeniu z ust Stanisława Kani na wspomnianej już konferencji historyków w Jachrance. Według Kani generałowie i pułkownicy wojska, bezpieki i milicji zwracali się do niego jeden po drugim z gorącym apelem: „Towarzyszu sekretarzu, tak dłużej nie może być! kontrrewolucja chwyta nas za gardło. Najwyższy czas to zmienić i wprowadzić stan wojenny”. Kania odpowiadał na to niezmiennie: „Nie wyczerpaliśmy jeszcze politycznych środków, nie musimy posuwać się do takiej ostateczności”. Po dwóch tygodniach podczas telekonferencji z sekretarzami wojewódzkimi partii (a byli to nowi sekretarze, wybrani już po IX Zjeździe) spotkało go to samo: „Tak dłużej nie można, towarzyszu sekretarzu, trzeba wprowadzić stan wojenny”. W odpowiedzi I sekretarz powtarzał to, co przedtem mówił wyższym szarżom wojska i policji: „musimy najpierw wyczerpać środki polityczne”. był jednak osamotniony.

Na konferencji w Jachrance nie zaprzeczyli tej relacji ani generał Florian Siwicki, ani generał Wojciech Jaruzelski, choć ten ostatni w kuluarach objawiał wyraźne niezadowolenie. Miał powody do niezadowolenia. Z tego, co opowiedział Kania, wynikało, że – obecny przecież na posiedzeniu KOK jako premier i minister obrony narodowej – Wojciech Jaruzelski nie wziął I sekretarza w obronę przed atakami swoich podkomendnych. Wersja Kani znajduje zresztą potwierdzenie w meldunku wywiadowczym na temat wrześniowego posiedzenia Komitetu Obrony Kraju, przesłanym przez pułkownika Kuklińskiego do CIA – według niego członkowie KOK opowiadali się za stanem wojennym i tylko Kania był temu przeciwny. W kwestii stanu wojennego przywódca PZPR miał przeciw sobie nie tylko Moskwę, ale także kierownicze kadry wojska, milicji i SB oraz własnej partii. Na dobrą sprawę niczym już nie rządził. Nic dziwnego, że na IV Plenum KC (16 –18 października 1981 r.) Kania złożył rezygnację. Na I sekretarza wybrano generała Jaruzelskiego, a w końcowej uchwale Komitet Centralny uznał za konieczne „sięgnięcie przez najwyższe władze PRL, w razie wyższej konieczności – do konstytucyjnych uprawnień w celu obrony najżywotniejszych interesów narodu i państwa”.

Tablice z 21 postulatami strajkujących stoczniowców (fot. Borsen; Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.)

O decyzjach Plenum KC dowiedziałem się z prasy francuskiej. Na zjeździe „Solidarności” zostałem wybrany do komisji krajowej związku, ale nie kandydowałem do ścisłego kierownictwa. Po pierwsze, ustalono, że trzeba było samemu zgłosić własną kandydaturę, a zgłaszanie się do władzy na ochotnika wydawało mi się niepoważne. Po drugie, członkowie Prezydium KK, z wyjątkiem tych, którzy byli zarazem przewodniczącymi regionów, mieli być zobowiązani do stałego rezydowania w Gdańsku. Miało to nawet praktyczny sens, ale moim związkowym matecznikiem był Wrocław i nie zamierzałem się stamtąd wyprowadzać. Po trzecie, uważałem za prawdopodobne, że teraz zostaną podjęte próby wmontowania „Solidarności „w system. Mówiło się o Komitecie Ocalenia Narodowego lub nawet o koalicji rządowej. Nie chciałem rozdzierać z tego powodu szat niczym Rejtan, ale nie zamierzałem też w tym uczestniczyć. Tęskniłem do pracy zawodowej, na którą od sierpnia 1980 r. nie miałem chwili czasu, choć formalnie nadal byłem docentem w IKHM PAN, bo nie wziąłem tzw. oddelegowania do działalności związkowej.

Dostałem akurat zaproszenie na sześciotygodniowe stypendium naukowe do École des hautes Études en Sciences Sociales w Paryżu. Postanowiłem tam pojechać. Na trzeci dzień po przyjeździe do Francji przeczytałem w „Le monde” o plenum KC, odejściu Kani i skupieniu w rękach generała Jaruzelskiego potrójnej władzy nad partią, rządem i wojskiem. Od razu zrozumiałem, jak niedorzeczne były moje przewidywania i obawy. Było jasne, że rysuje się całkiem inny scenariusz. W najlepszych paryskich bibliotekach, wśród niedostępnych w kraju książek, siedziałem jak na szpilkach z ciągłą obawą, czy aby zdążę wrócić na czas. Na szczęście zdążyłem. Wylądowałem na Okęciu 27 listopada 1981 r.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Karola Modzelewskiego „Zajeździmy kobyłę historii. Wspomnienia poobijanego jeźdźca”:

Autor: Karol Modzelewski
Tytuł: „Zajeździmy kobyłę historii. Wspomnienia poobijanego jeźdźca”
Oprawa: twarda z obwolutą
Numer wydania: I
Ilość stron: 400
ISBN: 978-83-244-0335-6
ISBN e-publikacji: 978-83-244-0348-6
Wymiary: 170 × 240 mm
Książka już w sprzedaży!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.
Spodobał Ci się nasz materiał? Zapisz się do naszego newslettera!
Strony:
1 2 3 4
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: gadu |

teraz o tym się pisze, mogę powiedzieć - byłem świadkiem historii !



Odpowiedz
Karol Modzelewski

Wybitny historyk, działacz opozycji politycznej w okresie PRL, wieloletni więzień polityczny. Współautor (wraz z Jackiem Kuroniem) Listu do partii, a także ważna postać pierwszej „Solidarności” (m.in. do marca 1981 r. rzecznik prasowy KKP); w latach 1989-1991 senator. Autor m.in. książek Organizacja gospodarcza państwa piastowskiego X-XIII wiek (1975), Chłopi w monarchii wczesnopiastowskiej (1987) i Barbarzyńska Europa (2004). Ostatnio opublikował swoje wspomnienia pt. Zajeździmy kobyłę historii. Wspomnienia poobijanego jeźdźca (2013).

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org