Opublikowano
2016-09-05 12:36
Licencja
Wolna licencja

„Solidarność”: zmarnowana i niezrozumiała opowieść

Kilka dni temu obchodziliśmy Dzień Solidarności i Wolności – święto państwowe, upamiętniające rocznicę podpisania porozumień sierpniowych. Obserwując to, jak pamiętane są dziś tamte wydarzenia, dochodzę do smutnego wniosku: „Solidarność” mało kogo dziś obchodzi.


Strony:
1 2

Media społecznościowe bywają niezłym papierkiem lakmusowym popularnej pamięci zbiorowej (przynajmniej w pewnym warstwach społecznych). 1 sierpnia, 11 listopada, 1 września, 3 maja czy 1 marca (ale również np. 19 kwietnia) „w Internecie” widzę, że jest rocznica – pojawia się więcej okolicznościowych grafik i treści, udostępnianych przez moich znajomych (nie tylko historyków). Co zobaczyłem w okolicach Dnia Solidarności i Wolności? Gdzieniegdzie jakieś pojedyncze zdjęcia z Sierpnia, najczęściej z Lechem Wałęsą w roli głównej, udostępniane i lajkowane przez osoby w wieku średnim i starszym. Dużo więcej uwagi przyciągnęła awantura o słowa pewnego ministra, który bardzo lubi zabierać głos, mógłby jednak czasem pomilczeć.

Uczestnicy strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina w sierpniu 1980 r. (fot. Zygmunt Błażek, ze zbiorów Europejskiego Centrum Solidarności, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Poland).

A przecież, pomyślałem, historia „Solidarności” to ważny element naszej dwudziestowiecznej historii. To dzieje dziewięciomilionowego ruchu społecznego, który przeorał komunistyczną Polskę, tchnął w Polaków wolność i, chociaż został rozjechany czołgami 13 grudnia 1981 roku, przyczynił się do obalenia komunistycznej dyktatury, nie tylko nad Wisłą, ale w całym bloku wschodnim. „Solidarność” to także jedna z największych marek Polski za granicą – w 1980 i 1981 roku (ale również w latach stanu wojennego) na nasz kraj skierował oczy cały świat, doceniając polskich ludzi pracy i opozycję demokratyczną. Do dziś wspomnienie o tamtej walce, uhonorowanej Pokojową Nagrodą Nobla, jest obecna w wielu państwach, i to nie tylko w USA czy Francji. W końcu – „Solidarność” to fundament, na którym zbudowano niepodległą i suwerenną III RP. Wszyscy dekodujemy symbol, jakim jest hasło napisane charakterystyczną czcionką. Europejskie Centrum Solidarności to ważny punkt na mapie muzealnej Polski. A więc, zacząłem się zastanawiać, czy dla nikogo to nie jest ważne?

Po chwili zastanowienia znalazłem odpowiedź na swoje pytanie. Mamy przecież postacie i środowiska, które lokują się w odniesieniu do „Solidarności”. Lech Wałęsa pełni funkcję „człowieka, który stanął na czele i obalił komunę”, a jego zwolennicy i obrońcy walczą w tej sprawie zawzięcie. Z drugiej strony, odwołanie się do lat 80. jest ważne również dla Jarosława Kaczyńskiego, który w swojej autobiografii stara się pokazać (w czym sekundują mu jego zwolennicy), że był wraz ze swoim bratem bliźniakiem ważnymi uczestnikami ruchu solidarnościowego. W końcu, tylu polityków i aktywnych uczestników życia publicznego ma swoje korzenie w „Solidarności”: Andrzej Gwiazda jest członkiem Kapituły Orderu Orła Białego, Henryka Krzywonos i Jan Rulewski to parlamentarzyści PO, Krzysztof Wyszkowski zasiada w Kolegium IPN, Władysław Frasyniuk ma być szefem think tanku KOD, a działacze przedsierpniowej opozycji od Antoniego Macierewicza do Adama Michnika wciąż są aktywni politycznie.

Brama Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku Jest tego dużo, jednocześnie zdaje się to być coraz bardziej puste. Co dziś podnieca nas w „Solidarności”, dziewięciomilionowym ruchu społecznym? To, czy Lech Wałęsa podpisywał porozumienia sierpniowe na pasku SB! Dzisiaj liczy się tylko to, czy jesteś w drużynie „Człowieka z Nadziei” czy tych mówiących o „Bolku”? Mitotwórstwo z jednej i demitologizacja z drugiej strony idą ze sobą pod rękę.

Brak w tym wszystkim miejsca na bardzo wiele wymiarów Sierpnia i „Solidarności”: związkowego, narodowego czy obywatelskiego. W kraju, który dał światu jeden z fenomenów ruchu pracowniczego, związki zawodowe są dziś w kryzysie – wielkie centrale okopały się w swoich bastionach (głównie państwowych), stopień uzwiązkowienia pracowników jest jednym z najniższych w Europie, a współczesny NSZZ „Solidarność” od wielu lat jest aktywnym żyrantem prawicowych projektów politycznych. Lata 80. i walka z komuną trafiła do wielkiej opowieści o walce o niepodległość Polski, chociaż nie budzi to takich emocji jak druga wojna światowa z powstaniem warszawskim na czele czy Żołnierze Wyklęci. Przecież w końcu „Solidarność” nie rozpoczęła żadnego powstania i z okrzykiem „Śmierć wrogom Ojczyzny” nie ruszyła do walki z bronią w ręku. A przecież to walka zbrojna określa polską historię – przekonał nas o tym spot telewizyjny wyprodukowany przez TVP w maju z okazji Dnia Flagi.

W końcu, mało kogo podnieca dziś historia „Solidarności” jako opowieść o walce o wolność, demokrację i samorządność. Niby wszyscy uważają ją za słuszną, niektórzy chcą „spełniać wolę suwerena”, inni chcą „bronić” demokracji. Szkoda, że to tylko maski, które przybiera się na potrzeby konfliktu politycznego. O tym, że obywatelskie dziedzictwo „Solidarności” nie jest sexy niech świadczy słabość społeczeństwa obywatelskiego, buta władzy odwołującej się do solidarnościowego etosu czy podstawowy dla tamtego ruchu szacunek dla człowieka. A także umiejętność budowania ponad podziałami światopoglądowymi czy społecznymi.

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Lubisz czytać artykuły w naszym portalu? Wesprzyj nas finansowo i pomóż rozwinąć nasz serwis!

Strony:
1 2
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: rodak |

Tomek (chyba byliśmy na Ty, jeżeli nie, to przepraszam), masz rację we wnioskach, ale jak zmienić to podejście do Solidarności? Jak z "Solidarności" zrobić - ja wiem - Powstanie Warszawskie (w sensie nośności hasła, zdolności do wywoływania powszechnego szacunku). Czy trzeba do tego wielkiego projektu, wykorzystującego nowoczesne technologie i angażującego wielkie środki (czyli filmy, muzeum, gry komputerowe), czy wystarczy tylko nie pluć na Wałęsę z jednej strony, a z drugiej zaakceptować fakt, że współpracował z SB na pewnym etapie swojego życia? Bo mnie się wydaje, że dzisiaj i jedno i drugie jest konieczne (drugi warunek musi być chonologicznie pierwszy). Chyba konsensus co do "Panny S." wymaga również podkreślenia, że Solidarność to nie (tylko) Wałęsa, nawet jeżeli to on był jej twarzą. Jednak nawet ten warunek wstępny, przy olbrzymim ego pana Lecha oraz niemniejszych aspiracjach jego adwersarzy, którzy na miejsce elektryka chcą wrzucić swoje autorytety (o autorytetach zaangażowanych dziś po drugiej stronie sporu zapominając), wydaje się niemożliwy do przeskoczenia. Dialog i porozumienie co do Solidarności wymagałby zapewne ustępstw wszystkich stron sporu: prawica musiałaby przyznać, że Solidarność to był ruch lewicowy, lewica, że liderzy ruchu nie byli krystalicznie czyści i że przez wiele lat część bohaterów tamtych lat pozostawiono zapomnieniu, bo liczyły się tylko autorytety z jednej opcji. Smutne to, bo podobnie jak Ty zgadzam się, że nasza współczesna historia niewiele ma do "sprzedania" Polakom i światu tak pozytywnych, szlachetnych historii, na których można by próbować (od)budować wspólnotę.



Odpowiedz
Tomasz Leszkowicz

Doktor historii, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Redaktor działu naukowego, członek redakcji merytorycznej portalu od października 2006 roku, redaktor naczelny Histmag.org od grudnia 2014 roku do lipca 2017 roku. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesuje się także społeczno-polityczną historią wojska. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Autor artykułów w czasopismach naukowych i popularnych. W czasie wolnym gra w gry z serii Europa Universalis, słucha starego rocka i ogląda seriale.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org